Zdecydowałam się patrzeć poza niedoskonałości | Slow life

Bądźmy w kontakcie

Późne popołudnie, drzemka Mii, wrześniowy acz wciąż bardzo piękny, ciepły i letni dzień. Siedzę sobie na moim (fe, właściwie nawet nie moim ;)) maksymalnie nieidealnym tarasie, oddycham głęboko ciesząc się wciąż letnim powietrzem, wystawiam twarz do słońca jakbym chciała się nim nacieszyć na zapas.

W słuchawce Ed Sheeran i ukochane I see Fire z La Belle Musique, równoważone docierającymi do drugiego ucha odgłosami osiedla. W oddali mignął mi ten sam autobus, który godzinę temu odwiózł moją Emi na autobus powrotny i przypomniał mi jak bardzo już tęsknię, mimo, że jeszcze 3 godziny temu wygrzewałyśmy się beztrosko razem na plaży. Oddycham głęboko i po raz kolejny próbuję w tym codziennym chaosie złapać balans.

Biorę łyk gorącej herbaty z cytryną i skupiam się tylko na tej czynności – na smaku, aromacie, cieple kubka i pięknym kolorze herbaty z cytryną, który uwielbiam. Bardzo mi brakuje takich chwil w zabieganej codzienności, a ich brak skutecznie zaburza moją równowagę. Potrzebuję w życiu celebrowania moich minut sam na sam z herbatą, spokojnie wysłuchanej piosenki, kilku przeczytanych stron książki każdego dnia. I pięknie podanych kanapek, czasu tylko dla nas i tych wieczorów, gdy z przyjaciółką oglądam odmóżdżające seriale i filmy o niczym, chipsy zagryzając Kinder Bueno i popijając białym słodkim winem (najlepszym ever!).

Każda z nas błądzi i ja dziś piszę do Ciebie, bo chyba jestem już bardziej za zakrętem niż przed nim. W ciągu ostatnich tygodni zdążyłam wpaść w marazm, wypłakać się w poduszkę, podąsać, powrzeszczeć, pobyć sama ze sobą, potupać nogami, poudawać, że mnie nie ma, próbować się sklonować, by potem podrzeć listę zadań w cholerę. Mój maraton koncertowo skończyłam dobą z przyjaciółką, dobrym winem, serialami i kilkoma stronami dobrej książki, żeby wreszcie poczuć się choć trochę „oczyszczona”, umieć przyjść przytulić się szczerze, nie na siłę i bez negatywnych emocji, choć wciąż z bólem w sercu. Dziś na plaży czułam już, że – choć powoli – to właśnie ja po raz kolejny wygrywam walkę, a nie wdzierająca się w moje życie depresja. Mam to szczęście, że choć gubię się często, to szybko wracam na właściwą drogę i obieram dobry kurs. Bardzo dobrze znam siebie i każdego dnia staram się poznać siebie jeszcze lepiej. Lubię być dla siebie dobra, jestem ze sobą szczera i naprawdę świadomie chcę o siebie dbać. Do tego mam na świecie osobę, która nawet jeśli uparcie nie chce mi wskazać kierunku, w którym powinnam podążać, to zazwyczaj wystarczy, że po prostu jest.

Nie walczę z wiatrakami, jeśli coś mi się nie podoba – zmieniam to, jeśli nie chcę tego zmieniać – nie narzekam na to. To jedna z najcenniejszych rzeczy, których nauczył mnie Tata. Żal mi życia na mydlenie samej sobie oczu, bo po co?

Uciekłam na ten balkon i piszę, tak po prostu. Nie myślę schematem, nie planowałam tego wpisu, nie mam do niego gotowej sesji, czekającej na dysku na obróbkę. Za to właśnie dziś jak nigdy wcześniej chciałam do Ciebie po prostu napisać i powiedzieć Ci, że jeśli może akurat dopadła Cię taka niemoc i ogólna niechęć do życia jak mnie ostatnio, to jeszcze nie koniec świata. Spróbuj spojrzeć na to tak, że życie daje Ci znak, żebyś trochę zwolniła. Wsłuchała się w siebie, porozmawiała ze sobą szczerze, może wypłakała to, co leży Ci na sercu. Tylko nie poddawaj się, bo marazm to najprostsza droga do depresji. Wiem co mówię – marazm to jej wspólnik, wciąga Cię pod koc, każe robić nic i narzekać na świat, a potem depresja bez mrugnięcia okiem niczym dementor wysysa z Ciebie ostatnie nawet przebłyski radości.

Wiem, że dziś może być trudno. Moje dzieci też są marudne, oszczędności krzyczą, że być powinny a ich nie ma, lista rzeczy do kupienia na nadchodzące chłodniejsze dni dla czteroosobowej rodziny nijak nie współpracuje z budżetem, w lustrze straszą mnie nadprogramowe kilogramy i tysiąc niedoskonałości, mieszkanie z nadzieją patrzy na mnie, chcąc wierzyć, że w końcu je posprzątam,  a mój mąż koncertowo spieprzył ostatnio bardzo ważną rocznicę, a nawet pierwszy wspólny samotny (bez dzieci) spacer od kilku lat. Bywa. Takie rzeczy się zdarzają.

„Jestem szczęśliwa nie znaczy, że wszystko wokół jest doskonałe. Znaczy tylko, że zdecydowałam się patrzeć poza niedoskonałości.” To bardzo ważne zdanie, które przeczytałam gdzieś jakiś czas temu i mocno utkwiło mi i w sercu i w pamięci.

Moi bliscy są zdrowi, ja jestem zdrowa, mamy gdzie mieszkać i co jeść. Świeci słońce, jest pięknie i ciepło, a przecież podobno lato się już kończy. Codziennie mogę zasnąć obok ukochanej osoby i mam pełną puszkę Earl Grey’a koło kuchenki. I cukier. I cytrynę. I jeszcze w ramach autorskiego programu przeciwstawiania się depresji zrobiłam obiady na cały tydzień, więc nawet zamrażalkę mam pełną zdrowego żarcia, które wystarczy tylko podgrzać. Serio, mogło być gorzej.

Uparcie żegnam się z bezmyślnym scrollowaniem facebooka,a telefon z roztrzaskanym ekranem skutecznie uniemożliwia mi także dostęp do przeglądania ukochanego Instagramu kilkanaście razy dziennie. Zamiast tego uparcie próbuję wyznaczyć priorytety i każde wolne produktywne kilkanaście minut w ciągu dnia staram się przeznaczyć na realizację tych punktów z listy, które przybliżają mnie do moich prywatnych celów. Przy okazji, podczas krótkich spacerów po Wiki do przedszkola czy do osiedlowego sklepiku po lody na wieczór, oddycham wciąż letnim powietrzem, cieszę się kolorem nieba i Starszą Panią, która śpiewa razem z radiem i zabawnie podgryguje w oknie podczas gotowania obiadu. Chłonę rzeczywistość i jest mi z tym z dnia na dzień coraz lepiej. Cholernie dobrze.

I wiesz, nawet po najgorszej burzy wychodzi wreszcie słońce. Zawsze. Tak działa świat.

Najdłuższy deszcz , nie może wiecznie lać
Życie trwa
I pójdzie precz , najgorszy lęk i płacz
Życie trwa

Przecież noc właśnie sprawia , że wiesz co to dzień
A ciszy zawdzięczasz , że piękniej brzmi pieśń
Więc czekaj cierpliwie , a ziści się sen
Życie trwaaa , życie trwa 

Hania Stach – Życie trwa, Bambi 2. 

Na gorsze dni zdecydowanie polecam piosenki z Disneyowskich bajek 😉 A teraz ściskam, Mia wstała, uczcijcie dzień chwilą ze sobą i kubkiem gorącej herbaty. Do jutra :*

Moje slow life

sesja zdjęciowa, jesienna sesja, zdjęcia rodzinne, fotografia dziecięca

Dwa minusy dają plus

Gdy los rzuca we mnie dwoma minusami, robię z nich plus. Przestałam walczyć z życiem i wściekać się na rzeczy, których nie zmienię. Gdy jest burza, myślę o tym, że po niej zawsze wychodzi słońce. Jeśli coś mi nie pasuję, myślę – czy mogę to zmienić? Jeśli tak – wymyślam jak i działam. Jeśli nie […]

3 komentarze
depresja, depresja matki, depresja mamy, plaża, dziecko na plaży

Jak długo można bez konsekwencji „odkładać siebie na później”?

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jak bardzo zapominasz o sobie w codzienności? Jak bardzo, zwłaszcza jeśli jesteś mamą, poświęciłaś się, myśląc, że robisz to „dla dobra dzieci, rodziny”? Z jak wielu rzeczy podświadomie zrezygnowałaś? Może już nie czytasz, choć kiedyś bardzo to lubiłaś. Nie chodzisz na zumbę, trampoliny albo na basen. Może nie wychodzisz z […]

13 komentarzy
moda dziecięca, blog parentingowy, slow life, fotografia dziecięca

Zmarnowałam lata. Ty też robisz to zupełnie nieświadomie!

Wymówki. Wszyscy doskonale je znamy, ale dlaczego pozwalamy sobie tak łatwo rezygnować z marzeń, oszukując samych siebie? „Nie mogę sobie na to pozwolić”, „tak się nie da”, „to nie jest dobra pora” – czy jest ktokolwiek, kto choć raz nie usprawiedliwiał się w ten sposób? No właśnie. A jak jest naprawdę? Ile w tych stwierdzeniach […]

13 komentarzy
Równowaga, pięknego trudne początki

…pięknego trudne początki | równowaga i slow life

Dzisiejszy wpis powinien pojawić się na blogu już dawno, jako swoista zakładka „zacznij tutaj” tudzież „pierwszy raz?”, ale od kilku miesięcy wciąż zadaję sobie pytanie, czy na pewno żyję już na tyle świadomie, żeby się w tym temacie choćby z autopsji wymądrzać. Później siadam, spisuję pomysły na wpisy i widzę, że to wszystko, wielkie wszystko, które w dzisiejszych czasach […]

5 komentarzy

Moje wybory na wiosnę

  • Anna

    Czytasz w moich myślach 🙂 Czasem o tym wszystkim zapominam, denerwuję się na te wszystkie niedoskonałości, braki… A czasem uderza mnie myśl, że przecież wszystko mam – rodzinę (zdrową!), dach nad głową… Siedzę w łóżku, pod cieplutką kołderką, na kolanach laptop, choć chwilę przed snem poczytam sobie ulubione blogi… Czy trzeba czegoś więcej?

  • Ania

    Dziękuję za ten wpis …w głowie tyle myśli a ja nie wiem co napisać …Kiedy dzieciaki daja w kość, w domu wieczny bałagan ( a kiedyś przecież był taki błysk..) wszystkiego się odechciewa.. Czasem uda się ugotować obiad czasem nie …no właśnie zadam głupie może pytanie ale zadam je.Co na gotowalas na cały tydzień ?Moj Odwieczny problem co ugotować na obiad? i czy zdążę przed obudzeniem się córci z dzemki ( które trwają ostatnio po 20-30 minut bo zaczęła ząbkowanie ….o zgrozooo😣) Pozdrawiam …chwilowo w gorszym stanie fizycznym i psychicznym Ania

    • Ania, ja akurat zrobiłam leczo na dwa dni, „gulasz”, 3 zupy – ogórkową, buraczkową i pomidorówkę i kurczaka do makaronu w tym tygodniu 🙂 Wciąż dopracowujemy system, ale myślę, że pójdę w gotowanie raz w tygodniu.
      Głowa do góry, tak już jest, że raz lepiej, raz gorzej.

  • Nefertari

    Ba! Do przodu!
    Ja też tak miałam – jakoś pod koniec sierpnia…
    Końcówka wakacji, miałam już dość dzieci, bo dwójka w domu przez dwa
    miesiące, na urlopie i wyjeździe niby inaczej niż w domu, ale z
    dzieciakami obok, więc wiadomo, jak się „wypoczywało” (zirytowały mnie
    potem pytania koleżanek – chociaż nie miały nic złego na myśli – jak
    tam, czy odpoczęliśmy). Nie, wypoczynku nie było, ale za to wspomnienia.
    Nowe doświadczenia. To też ważne, acz brakowało mi spokoju, ciszy…
    Gdy
    dwa dni przed swoimi urodzinami i trzy przed pójściem wreszcie do
    przedszkola Johnek mi się rozchorował… Aaaaa! Mój świat jakby się
    rozwalił. Ten spokój ducha, pogoda ducha, o które już było trudno, w tym
    momencie szlag jasny trafił. Totalnie i po całości. (Do przedszkola po
    raz pierwszy w tym sezonie synek poszedł wczoraj. To niesamowite, jaka
    byłam wypoczęta i ile z siebie wtedy dałam! Jak człowiek potrzebuje
    czasu dla siebie – nawet chwili!) Nie chcę przypominać sobie siebie z
    tamtych dni. To była masakra 🙁

    A wczoraj kawa z tatą na mieście,
    ciepła rozmowa, zakupy… Wcześniej poranna drzemka Marion i kolejna
    strona rozdziału pracy doktorskiej, na którą to co chwila „nie mam
    czasu”… (Bo ochota dziwnym trafem – po dwóch latach studiowania –
    naszła mnie pod koniec lipca.) Dzisiaj dwie strony… Realizuję to, co
    wrzuciłam na grupę: brak jakiegoś super ambitnego planu na dany dzień,
    ale po prostu: przeżyć go dobrze, zrobić, co się da i w miarę możliwości
    być z siebie i reszty zadowolonym. Dzisiaj wieczorem czułam, że odpadam
    (mąż był w delegacji cały dzień, więc pod wieczór miałam już dosyć), że
    wzbiera we mnie zdenerwowanie i… udało mi się złapać tę emocję,
    przytemperować, wyciszyć (musiałam przymknąć oczy i kilka razy odetchnąć
    głęboko) i spokojnie pocieszyłam synka (który zgubił w przedszkolu
    swojego ulubionego pluszaka), poczytałam mu bajkę… Dzień kończę z
    uniesionym w górę kciukiem, ze znakiem plusa. Dużym nawet. Bo dużo
    zrobiłam, a wcale tego nie planowałam. Może właśnie dlatego.

© Wikilistka 2016
Kreativ Media
Close