Nie polubiłam jesieni – ZROBIŁAM COŚ WIĘCEJ!

Bądźmy w kontakcie

„Jak polubić jesień?”  to hasło, którego wielu  szuka teraz w wyszukiwarce. Od kiedy pamiętam byłam pewna, że nie lubię jesieni. Zimy w sumie też nie, ot tak po prostu. Jak w ogóle można lubić listopad?! Jak niby polubić jesień? Serio?! Dopiero niedawno zrozumiałam, że to jedno z najmniej sensownych przekonań, jakie można sobie wmawiać. Jeśli masz podobnie jak ja miałam przez większość życia, mam dla Ciebie pytanie, które kompletnie zbije Cię z tropu.

Mnie samej pozwoliło ono wiele rzeczy poukładać na odpowiednich torach. Otóż – czy aby na pewno nie lubisz „jesieni” tudzież „listopada”?

KTÓREJ LITERKI W „JESIEŃ” NIE LUBISZ? SERIO PYTAM.

Tak konkretnie pytam. Czego nie lubisz – wyglądu tej nazwy? Jej brzmienia? Literek? Akcentu? Jedenastej kartki w kalendarzu? Konkretnych 30 dni w roku? Przecież jesień i listopad to żadne fizyczne materie ani zdarzenia. To w sumie nawet nie stany, które dałoby się jakoś jednoznacznie określić

Może jednak nie lubisz szaroburości, deszczu padającego niemal non stop i przeszywającego zimna? Albo idąc jeszcze głębiej – nie tyle nie lubisz tych zjawisk, co nie lubisz w takich okolicznościach musieć wystawiać nosa z domu?

I tu właśnie doszłam do sedna sprawy. Zrozumiałam bowiem, że moja wrodzona awersja do konkretnych pór roku albo miesięcy to kompletne nieporozumienie. Energia skierowana w kompletnie nie tę stronę, czyli totalne zaprzeczenie smartlife’u. No bo co – jesień sobie usunę? Listopad wykreślę z kalendarza i zrobię 60-dniowy grudzień? Nie bardzo.

Nie pokochałam jesieni, ale poszłam o krok dalej – zrozumiałam, czego konkretnie w niej nie lubię, a to już pierwszy krok do tego, by móc realnie coś z tym zrobić. Nie powiem Ci jak polubić jesień, ale jak zajrzeć w głąb siebie i pracować nad swoją codziennością, by umieć znajdować szczęście w każdej porze roku, a swoją energię kierować tam, gdzie może ona cokolwiek zmienić. 

Zajrzałam wgłąb siebie i znalazłam rzeczy, których w jesieni nie znoszę, ale też te, za którą kocham ją całym sercem. Wyodrębniłam konkretne części mojego życia, nad którymi chcę pracować i te, które będę celebrować.

Zrozumiałam, że nie wkurza mnie szaroburość, deszcz i zimnica, tylko fakt, gdy muszę w taki dni wyjść z domu i coś załatwić. Gdybym mogła zostać w taki dzień w domu, najlepiej jeszcze  bez dzieci, za to w towarzystwie dużego termosu ciepłej herbaty z cytryną i jakiegoś dobrego, domowego ciasta to zapewne albo bym porządnie wypoczęła albo nadrobiła sporo zaległości, bo chociaż pogoda by mnie nie rozpraszała i nie wyciągnęła na dwór.

Nie denerwuję się, że rano słońce mnie nie budzi o 4, tylko fakt, że w ciemnicy o 6.30 muszę wstać (po praca Ł., przedszkole Wiki), choć to kompletnie niezgodne z moim biorytmem i całe życie walczyłam, by w końcu się wyrwać z tego systemu… a później urodziłam dzieci i koło zatoczyło krąg ;  )

Zaakceptowałam fakt, że połączenia takich okoliczności nie polubię nigdy i nawet niespecjalnie chciałabym to zmienić. W końcu – to ja. Nie wiem, czy byłabym tą samą sobą, gdybym nagle pokochała poranne wstawanie i spacery w deszczu. Szczerze mówiąc, nie sądzę.

Irytuje mnie więc bardziej brak możliwości lub chwilowe tylko niedopasowanie mojego stylu życia do aktualnego miejsca zamieszkania i pogody za oknem. That’s all. Nie żadne „jesień” jest powodem mojej frustracji, a brak możliwości uniknięcia niektórych rzeczy nierozerwalnie z nią związanych.

Gdybym faktycznie nie lubiła jesieni, nie robiłabym sesji w kolorowych liściach. Nie cieszyłabym się jesiennymi spacerami nad morzem. Nie celebrowałabym długich wieczorów przy świeczkach z książką i kubkiem kakao. Nie urządzałabym domowych rodzinnych seansów filmowych, bo siedziałabym z nosem na kwintę, obrażona, że przecież mamy jesień, więc bunt na wszystko.

Mam w życiu taką dewizę (jedną z wielu dla mnie ważnych)

Jeśli czegoś nie lubisz – zmień to. Jeśli nie chcesz lub nie możesz zmienić, skończ na to narzekać!

Odpuść albo zaakceptuj. W każdym razie, gdy serio nic z tym nie robisz, zwyczajnie nie zawracaj sobie tym faktem głowy.

Robię więc to, co mogę. Pracuję strategicznie tak, by kiedyś w życiu móc uciekać z Polski do ciepełka w październiku i wracać w połowie marca. Marzę o tym odkąd sięgam pamięcią i zawsze powtarzałam mojemu Tacie, że po to właśnie „chcę być bogata, gdy będę duża”; ) Dopóki jeszcze zbyt wiele zer na koncie przede mną, by te ucieczki móc uskuteczniać, nie walczę z faktami, tylko staram się tak przeorganizować codzienność, żeby możliwie ograniczyć w niej to, czego nie lubię, a celebrować rzeczy w jesienno-zimowym okresie, przez które się uśmiecham.

Robię zdjęcia wśród kolorowych liści i dyń.
Ubieram wreszcie siebie i dzieci na cebulkę, więc mogę bardziej się wyżyć modowo.
Wypełniam dom zapachem kociołków szczęścia i domowego ciasta.
Serwuję sobie ciepłe śniadania, w których przemycam odrobinę tropików w postaci mango.
Wreszcie bez wyrzutów sumienia z powodu marnowania kasy na rzeczy, których nie używam, wydaję pieniądze na świeczki i palę je naokrągło. Koniecznie zapachowe.
Wypijam hektolitry herbaty z cytryną.
Czytam więcej książek.
Kładę dzieci wcześniej spać i delektuję się ciszą.
Otulam się ulubionym swetrem albo okrywam kocem.
Do oporu noszę duże szale, które bardzo lubię. I botki.
Nadrabiam zaległości, bo pogoda mnie nie rozprasza.
Skrzętnie planuję grudniowe slow i święta.
Robię porządki i wyrzucam – to bardzo oczyszczające i lubię to strasznie.
Oglądam seriale i filmy.
Staram się więcej spać.

Z „nie lubię jesieni” jest tak z kompleksem zbyt małych lub zbyt dużych stóp. I co z tym zrobisz, pytam? Tak realnie? Operacyjnie zmienisz rozmiar stopy? Masz taką moc, by wykreślić „jesień” z kalendarzy i słowników?  Średnio, prawda?

Możesz pracować nad stanem konta i pracą w systemie „location independent”, żeby uciekać stąd, gdy tylko złota polska jesień zmienia się w szarugę. Jeśli już Cię na to stać – możesz już zwiewać ; )
Możesz też skupić się na tym, co aktualnie dostępne i – tak jak ja – przeorganizować codzienność, by możliwie najlepiej odpowiadała Twoim oczekiwaniom i dawała poczucie szczęścia. To można zrobić zawsze i bez względu na miejsce, z którego startujesz. Zawsze możliwy jest jakiś pierwszy, mały krok w stronę lepszej codzienności, więc zrób go teraz.

Nie marnuj na to swojej energii, tylko skup się na tym, czego KONKRETNIE w tym okresie roku nie lubisz, a co sprawia, że się uśmiechasz i pracuj nad tym. Zmień to, co możesz już dzisiaj. Celebruj maksymalnie to, co sprawia Ci frajdę, czego nie lubisz – zmieniaj, a reszty… postaraj się nie zauważać 😉

Aktualnie u nas na topie

© Wikilistka 2016
Kreativ Media
Close