Dwulatka w przedszkolu. Rodzic-egoista?

Bądźmy w kontakcie

Macierzyństwo zmienia postrzeganie świata. Świadome – poszerza horyzonty, pozwala myśleć szerzej i widzieć zdecydowanie więcej niż czubek własnego nosa. Przychodzi jednak moment, w którym musimy zrozumieć, że nasza osoba nie zastąpi dziecku całego wszechświata i zrozumieć, że czas delikatnie usunąć się w cień i pozwolić żyć. Gdzie jest granica rodzicielskiego egoizmu?

Ostatnio, gdy pochwaliłam się, że Wiki od września będzie dwuletnim przedszkolakiem padło pytanie „Nie żal Ci? Przecież ona jeszcze taka maleńka”…Czy mi nie żal?

Oczywiście,  że żal mi każdej minuty jej dzieciństwa, to logiczne, bo czasu nie kupię za żadne pieniądze i nikt nie pozwoli mi go przeżyć ‚again’. Tak, wciąż chciałabym wciąż ja jako pierwsza słyszeć każde jej nowo słowo, najlepiej z aparatem w ręku wyczekiwać zdobycia każdej nowej umiejętności, wymyślać jej milion sto tysięcy zabaw dziennie. Spędzać z nią przynajmniej 2-3 godziny dziennie na świeżym powietrzu i przez 365 dni w roku serwować w każdym posiłku nowości, by poznawała nowe smaki. Chciałabym, ale po pierwsze – nie moje ‚chciałabym’ jest najważniejsze, a to czego Ona potrzebuje, a po drugie – nikt mi nie dał w prezencie dwóch worków bez dna : z czasem i pieniędzmi… a szkoda.

Przez dwa lata byłam przy niej praktycznie 24 godziny na dobę. To mi podarowała swój pierwszy uśmiech, to przy mnie pierwszy raz sama podniosła główkę, ja dałam jej pierwszą kaszkę, marchewkę i jabłko. Przy mnie po raz pierwszy przekręciła się na brzuszek,usiadła, wstała… To ja patrzyłam na pierwszy krok mojej ośmiomiesięcznej córeczki i słuchałam pierwszych „mama”, „tata”, a potem „mamusia, kocham, córusia mamusi”. Ze mną zjadła pierwsze w życiu truskawki, czereśnie, arbuza, pizzę, lody i frytki. To właśnie ja byłam przy pierwszych ważnych momentach w jej życiu. Mam je w sercu i na zawsze pozostaną dla mnie najwspanialszą pamiątką jej dzieciństwa.

Czas jednak płynie nieubłaganie i zamiast uroczego bobasa stawiającego swoje pierwsze kroki mam w domu małą rezolutną dziewczynkę, dla której świat jest pełen rzeczy do odkrycia, w której drzemie nieopisana potrzeba poznawania i kontaktu z innymi… dziećmi.

Tak, sama moja obecność najzwyczajniej w świecie już nie wystarcza, bo samo „być” to przypadku dwulatki za mało. Ona chłonie wiedzę, odkrywa świat i ma codziennie trzy tony energii do wykorzystania podczas jednej bardzo krótkiej doby. To połączenie sprawia, że ja zwyczajnie nie wystarczam jako kompan do zabawy, zwłaszcza, że nasza codzienność to tylko nasza trójka. Z naciskiem na ‚tylko’. Nikt nie robi zakupów, nie sprząta, nie gotuje obiadu i przede wszystkim, nie zabiera dziecka mego na spacer choćby na 2 godziny dwa razy w tygodniu. Narzekam? Nie! Nauczyłam się żyć samodzielnie, znajdować rozwiązania i stwierdzam tylko fakt, że jeśli my nie zabierzemy Małej na spacer, to spędza ona dzień w domu. Nie mogę sobie pozwolić, by codziennie od rana do wieczora tylko czytać książeczki, kolorować, malować, układać klocki, puzzle, pić herbatki z misiem i gotować zupy z sałaty i sera dla lalek, jeździć na hulajnodze, a resztę czasu rozdzielać pomiędzy plac zabaw na świeżym powietrzu a ‚kuleczki’.

Właściwie chętnie, ale po pierwsze – ktoś wszystkimi przyziemnymi obowiązkami zająć się musi, a po drugie – jestem człowiekiem na zgoła innym poziomie rozwoju niż dwulatka i zamknięta tylko i wyłącznie w jej świecie mogłabym po prostu… zwariować! Tym samym zmieniając nasze wzajemne relacje z pięknych na toksyczne.

Dlatego właśnie uważam, że przedszkole jest najlepszym z rozwiązań, jakie mogłam znaleźć. Zresztą nie tylko dla nas, bo zaryzykuję stwierdzenie, że nawet gdybym miała szereg babć i cioć do dyspozycji i tak właśnie takowe bym wybrała. Kontakt z rówieśnikami jest nie do przecenienia i żadna  -nawet najbardziej kreatywna – babcia go nie zastąpi.

Byłam przy każdej ‚pierwszej chwili’ i wciąż będę w domu, by zabrać ją z przedszkola w przypadku gorszego dnia lub żeby nie martwić się o opiekę dla niej, gdy zachoruje. Będę czekała z obiadem i ciastem, zabierała popołudniu na spacer, czytała książeczki i tuliła na dobranoc. Wciąż będę, ale nie czuję się upoważniona, by w egoistyczny sposób odbierać jej rzeczy tak dla niej istotne jak możliwość rozwoju, kontaktu z rówieśnikami czy umiejętności odnalezienia się w grupie, zwłaszcza.

Dzięki mojej decyzji każda z nas dostanie to, czego jej trzeba. Ona 6 godzin aktywnej zabawy, rozwoju w wielu dziedzinach i czasu spędzonego z innymi dziećmi, a ja 5 godzin samotności na skupienie się na pracy i rozwoju osobistym. Takie połączenie idealne -szczęśliwa mama i szczęśliwe dziecko – ma naprawdę wiele zalet. Ja, nie będąc przytłoczona nadmiarem piętrzących się zaległości, będę spokojniejsza i na pewno będzie we mnie więcej cierpliwości do picia setnej herbatki z lalką i rozmów z wyimaginowanym pieskiem, ona zaś po kilku godzinach codziennych intensywnych wrażeń, nie będzie już potrzebowała tylu nowych bodźców po powrocie do domu.

dwulatka w przedszkolu, wikilistka, blog, moda dziecięca, fotografia dziecięca, rodzic egoista

dwulatka w przedszkolu, wikilistka, blog, moda dziecięca, fotografia dziecięca, rodzic egoista

Więc… czy mi nie żal? Na pewno nie bardziej niż, gdy żal mi jak patrzę, gdy przez kilka godzin dziennie błąka się po domu bez celu i próbuje zająć się sama sobąGeneralnie moje wychowanie jest bardzo intuicyjne, ale podstawową zasadą, którą się kieruje jest dobro mojej córki, dopiero potem są jakieś jej zachcianki i moje emocjonalne bariery i czuję, że działając inaczej czułabym się egoistką i w pewien sposób budowała swoje szczęście na jej „nieszczęściu”, a to nie fair w stosunku do kogokolwiek, zwłaszcza do własnego dziecka.

A co Wy myślicie o posyłaniu dwulatki do przedszkola? Jakie są Wasze doświadczenia?

kombinezon – BibiDreams

Zdjęcia wykonane aparatem SONY A58

 

Aktualnie u nas na topie

© Wikilistka 2016
Kreativ Media
Close